Byłabym bardzo wdzięczna za szczere opinie. Dopiero stawiam pierwsze kroczki w pisaniu i bardzo zależy mi na zdaniu odbiorców mojej twórczości. Mam nadzieję, że nie zanudzicie się, czytając:) Z góry dziękuję:)
__________________________________________________________________
Gołe cienkie gałązki smętnie kiwały się na wietrze. Niebo przybrało kolor zszarzałego prześcieradła. Opustoszały placyk wciśnięty między blokami sprawiał odpychające wrażenie w szarudze zimowego popołudnia.
Przy łóżku, na podłodze, nad pustą kartką papieru, mimowolnie bawiąc się długopisem i w zamyśleniu patrząc przez okno siedziała Nesta. Wokół niej leżały porozkładane materiały z historii. Miała się uczyć. Puste mieszkanie, cisza – warunki wręcz idealne do nauki, a mimo to nie mogła się skupić.
Minął ponad tydzień od tej feralnej soboty, dnia jej niedoszłego ślubu z Arturem. Nawet nie była zła. Nie jego wina, że nigdy jej nie kochał. Ani jej. Właściwie to była mu wdzięczna, że otwarcie przyznał, że tak naprawdę gotów był ożenić się z nią głównie przez wzgląd na hotel. Sam nawet chciał wierzyć, że to mogłoby się udać. Dopóki nie poznał smaku prawdziwej miłości.
Tak właściwie, Nesta też nie kochała Artura. Pojawił się nagle, jako uosobienie jej ideału – zarówno pod względem charakteru, osobowości, jak i wyglądu. Spotykali się krótko, nim poprosił ją o rękę. Ślub zaaranżowano równie prędko, a że w hotelu była sala w sam raz na setkę gości, miejsce wesela nie stanowiło problemu.
W ich związku nie było ani żaru namiętności, ani zażartych kłótni. Żyli spokojnie, ale bardziej obok siebie niż ze sobą. Byli dokładnie tacy, jak wszyscy oczekiwali: uprzejmi, poukładani, na pozór zakochani. Nawet Nesta dała się na to nabrać, uwierzyła, że rzeczywiście kocha i jest kochana. Wyglądali na szczęśliwą parę. Bo też chcieli być szczęśliwi, chcieli w to wierzyć.
Nesta niespecjalnie miała głowę do interesów. Właściwie to w ogóle nie orientowała się w tej dziedzinie. Przerażało ją majaczące gdzieś na horyzoncie dalekiej, miała nadzieję, przyszłości widmo przejęcia przez nią hotelu. Powoli zaczynali się też tym martwić Rodzice Nesty – przeczuwali bowiem, że córka nie poradzi sobie sama z całym przedsiębiorstwem. Gdy więc w życiu Nesty pojawił się Artur, kreatywny student zarządzania ze świetnymi wynikami i ogromnym potencjałem, przyszłość jej i hotelu nabrała trochę jaśniejszych barw.
Na kilka tygodni przed ślubem Nesta zaczęła zauważać, że w ich związku coś się zmienia. Mimo że tego, co ich łączyło nigdy nie można było nazwać gorącym uczuciem, to odniosła wrażenie, że ich stosunek do siebie nawzajem jest coraz bardziej obojętny. Próbowała zrzucić to na karb przyzwyczajenia, rutyny, ale przeczuwała, że na to jest trochę za wcześnie.
Nastał dzień ślubu. Wszystko było idealne: lśniąca biel sukni, jej krój, bukiet polnych kwiatów, wystrój sali, orkiestra. Jednak w pozorny spokój, podszyty uzasadnionym zdenerwowaniem, zaczął wkradać się niepokój: za chwilę miało nastąpić błogosławieństwo, a Pana Młodego wciąż nie było. Jego telefon nie odpowiadał, nikt nie miał nawet bladego pojęcia, gdzie też Artur mógł się podziewać na niecałą godzinę przed własnym ślubem.
W końcu zza wzniesienia drogi wyłonił się samochód. Za kierownicą siedział oczywiście Artur, ale miejsce pasażera też nie pozostawało puste – zajmowała je młoda, ładna dziewczyna z malującym się na twarzy wyrazem niepewności i strachu.
Wszyscy, którzy mieli być obecni przy błogosławieństwie, wybiegli przed dom. Neście się jednak nie spieszyło. Powoli przecisnęła się przez zdezorientowany tłumek i stanęła na wprost Artura. Jej twarz nie wyrażała nic, natomiast jego - prosiła o wybaczenie. Ale nie w ten denerwująco zrozpaczony sposób, tylko tak zwyczajnie… dojrzale.
Poprowadził Nestę do ogrodu. Nie opierała się. Opowiedział jej wszystko, od początku do końca: że poznał tę dziewczynę w trakcie jakiegoś projektu, dwa miesiące wcześniej, że nie sądził, że poczuje coś tak silnego do kobiety tak daleko odbiegającej od jego ideału, którego ucieleśnieniem była Nesta, że byli zupełnymi przeciwieństwami; sądził, że ta znajomość zakończy się wraz z końcem projektu, ale stało się inaczej: zakochał się, po raz pierwszy poczuł, co tak naprawdę znaczy miłość. Nie miał jednak odwagi przyznać się do tego Neście. Wciąż łudził się, że ich również łączyła miłość. Dopiero w dniu ślubu dotarło do niego, że jedyne co czuje to troska o hotel i Nestę. Dokładnie w tej kolejności.
Nesta nie denerwowała się, nie krzyczała. Nie rozpaczała, nie uroniła nawet jednej łezki. Uśmiechnęła się tylko smutno i życzyła Arturowi wszystkiego dobrego. Widać po nim było, że nie bardzo wiedział, jak na to zareagować. Uważnie obserwował Nestę i oczekiwał jakiegokolwiek załamania w jej stoickim spokoju. Tymczasem Nesta wyraźnie też czekała aż Artur po prostu odejdzie. Tak więc zrobił.
Zanim Nesta zdążyła wejść do domu, natknęła się na skonfundowaną Mamę. Poinformowała ją, że ślubu nie będzie, Artur wyjechał, ale bardzo serdecznie zaprasza wszystkich na wesele, bo po co ma się wszystko zmarnować i poszła do swojego pokoju. Wszyscy byli przekonani, że Nesta nie pojedzie na swoje niedoszłe wesele, ale po kilku minutach wróciła przebrana w wygodniejszą sukienkę. Zapanowała cisza pełna niemego zdziwienia. Nesta powiodła spojrzeniem po oszołomionych twarzach i z uśmiechem jeszcze raz zaprosiła wszystkich do hotelu.
Nikt już nie poruszył tematu Artura.
Tak minął tydzień. Nesta starała się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Już wiedziała, że też nie kochała Artura, ale czasami zastanawiała się, jak to mogło się stać, że planowali wspólną przyszłość, tak naprawdę nic do siebie nie czując…
Nagły gwar, jaki zapanował na placyku między blokami i to tuż pod oknem jej oknem, wyrwał Nestę z zadumy. Popatrzyła chwilę z mimowolnym uśmiechem na dzieci szalejące w śniegu, po czym zagłębiła się w zamierzchłej historii.