Nieproszony gość
Zdarzyło się to kilka lat temu, dokładnie 6 grudnia. Wczesnym popołudniem zadzwonił dzwonek. Otworzyłem drzwi. W progu stanął święty Mikołaj. Wyglądał na prawdziwego. Czerwony kubrak, stożkowa czapa, siwa broda i czerwony nochal, a co najważwniejsze w ręce trzymał worek, jak przypuszczałem , z prezentami. Kto wie, może ma coś dla mnie? Pomyślałem zaciekawiony. "No, czego sterczy jak kołek?! Niech prosi do środka!" rzucił gniewnie. Zmieszany cofnąłem się w głąb mieszkania. Powiesił kubrak na wieszaku, zdjął czapę i wszedł do pokoju. "Ciasno tu" mruknął i usiadł na wersalce. Ostrożnie odkleił brodę i wąsy. "Może święty zdejmie także ten nochal" powiedziałem i chcąc zatuszować poprzednie gapiostwo, złapałem go za nos. "Gdzie z łapami, nos mi chce urwać?!" wrzasnął zduszonym głosem wyraźnie rozgniewany. Potem głośno czknął i wyciągnąwszy się na wersalce, rzucił: "Piwo niech da, może być w butelce". "Nie mam piwa" odparłem. "No, to na co czeka? Niech skoczy do sklepu i kupi. Ale tak na jednej nodze!". Oczywiście skoczyłem. Wypił dwie butelki i zasnął. Noc przedrzemałem w fotelu zwinięty w kłębek.
Od rana zaczęło się moje mikołajkowe piekło. "A śniadania to nie je?" warknął ledwie przetarłem oczy. Zaraz też dostałem dyspozycje, co chce na śniadanie, obiad i kolację. Zacząłem rozmyślać, jak pozbyć się uciążliwego gościa. Jednak mój odwieczny pech dał znać o sobie. Na dworze temperatura zaczęła szybko spadać. I jak tu wyrzucić na mróz starszego faceta, świętego na dodatek? To po prostu nie uchodzi. Na szczęście po nowym roku przyszła odwilż. Teraz, albo będę się tak męczył do wiosny, pomyślałem i znienacka chwyciwszy intruza za kark, wypchnąłem na klatkę schodową. Na próżno się bronił, rękami i nogami o futrynę zapierał. Strach przed dalszymi męczarniami dodał mi sił. Potem przytrzymując drzwi kolanem, wyrzuciłem za nim wszystkie jego szpeje. Z mściwą satysfakcją obserwowałem przez wizjer, jak klnąc pod nosem zbierał rozrzucone rzeczy. W końcu zaczął wolno schodzić po schodach. Zaraz powiesiłem na drzwiach kartkę ze starannie wykaligrafowanym napisem: "Świętym Mikołajom i innym domokrążcom wstęp surowo wzbroniony!".
A mówiąc między nami, to z dwojga złego wolałbym odwiedziny siedmiu krasnoludków, choćby i z królewną Śnieżką. Gromada ich co prawda, ale małe to to, dużo miejsca nie zajmą. Zjedzą niewiele, a butelką piwa, góra dwoma uchleją się na amen. Można wtedy zmieść je na szufelkę i z innymi paprochami wynieść do śmietnika. Jednak Śnieżkę chyba bym zostawił. Zawsze byłaby to jakaś odmiana.
Tomasz Matczak